sobota, 10 października 2009

Siedzę na tarasie mieszkania, które wynajmuje w Barcelonie. Chyba każdy poeta lub potencjalny poeta lub po prostu człowiek z poetycką duszą ma w swojej głowie obrazek siebie, zapisującego myśli na tarasie mieszkania w jakimś urokliwym miejscu. Nie mam tu widoku na morze, co wcale nie jest tragedią, bo obrazek mógłby stać się zbyt kiczowaty, a mieszkanie zbyt drogie. Jest za to cisza, przerywana od czasu do czasu nawoływaniami kaczki sąsiadów i przyjemna morska bryza. Wszystko, co potrzebne by rozkoszować się chwilą.

czwartek, 8 października 2009

Wypadałoby wrócić, w kilku słowach podsumować, zamknąć nawiasem historii uprzedni rok, ale jego bliskość, oddech wspomnień, który wciąż czuję na karku nie pozwala mi bawić się słowami. To nie jest chwilowe zjawisko, to coś, co goni mnie już od kwietnia, gdy przestałam tyle pisać, za to moje życie osobiste nabrało tempa. Może właśnie dlatego blog przestał być żywy, bo nie chciałam karmić go ekshibicjonistycznymi opisami i nie chciałam pisaniem zabić tego, co niedopowiedziane. Z czasem te przeżycia stały się historią, ale ja wciąż kurczowo trzymałam się tego co ogrzewało, dawało siły, radość i poczucie spełnienia. Nadszedł jednak moment, by uświadomić sobie, że przeszłość może być babcią przyszłości, ale z pewnością nie jest jej matką. To, co nas żywi tkwi w teraźniejszości. Dlatego od teraz mam zamiar do pięknych wspomnień wracać, ale bardziej skupić się na teraźniejszości. Wspomnienia dały mi historię, ale teraźniejszość daje mi życie.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Ja znaleziona w Zaragozie

Obronilam sie i z tytulem o niezbyt powaznie brzmiacej nazwie ( bo licencjatka brzmi mi niczym trzpiotek-podlotek) wrocilam do krainy zwanej Cuenca. Po dwoch tygodniach troszke pracowania, troszke wylegiwania sie na basenie oraz po obejrzeniu miliona fascynujacych filmow, ktorych w naszym kraju trudno znalezc w najwiekszych miastach, tu zas dostepne sa az w dwoch bibliotekach... no wiec po tych wszystkich przezyciach oraz pozegnaniach i przywitaniach, postanowilam w koncu znow zawedrowac w nieznane swiata strony. Strony swiata, ktore wybralam, zamieszkuje Helena wraz z rodzina, dlatego podroz wydala mi sie jeszcze ciekawszym wydarzeniem. I tak dzisiejszego poranka wyjatkowo wczesnie, co by cel podrozy osiagnac predko, wyruszylam ku Madrytowi, by tam na kilka godzin ugrzeznac na dworcu Atocha, co jednak okazalo sie inspirujace, bo dzieki kolejkowym i informacyjnym problemom ostatecznie ruszylam w Madryt, co skonczylo sie obejrzeniem dwoch wystaw fotograficznych bardzo wspolczesnych tworcow oraz zwiedzeniem ogrodu botanicznego, co w koszty za bardzo nie poszlo, bo wynioslo 1 euro. Niestety podroz AVE nie okazala takim tanim przedsiewzieciem i za 40 euro (z tzw. discountem za euro26) usiadlam w miekkim fotelu, zalozylam renfenskie sluchawki i raz po raz sluchajac jazzu, to ogladajac slumdoga na malym ekraniku usytuowanym w wagonie, w imponujacym tempie 300 km/h zblizalam sie ku Zaragozie. Wygodna sytuacja, przyznac musze, wzbudzala we mnie mieszane uczucia, bo miekko i przyjemnie, ale tez okropnie drogo i burzujsko z tymi wszystkimi krawatami wokol i wyszminkowanymi usmiechami, wiec juz zdecydowalam, ze dluzej i mniej komfortowo, ale wracam autobusem.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Nadszedl czerwiec. Po roku noszenia komputera na uczelnie i z powrotem dorobilam sie bolu plecow, wiec teraz leniwie zasiadam przed hiszpanskimi komputerami bibliotecznymi i nie uzywam polskich znakow. Minelo duzo czasu, prawie dwa miesiace bez bloga, ale za to 15 esejow, praca licencjacka i jedna prezentacja w power poincie:) coz, wielkimi krokami, mam nadzieje, zbliza sie termin obrony, ale tych dwoch miesiecy za mna nie zostawie bez komentarza. Powoli bede odbudowywala w mojej pamieci ten czas. Na razie daje znac, ze wrocilam do grona zywych, czyli tych, co to nie tylko literki, literki i slowo pisane z uczelnia zwiazane jedynie. Na dzis juz wystarczy, bo wspollokatorki w domu, ostatni wspolny tydzien, wiec czas uciekac. Ale wroce..

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Czas goni, a to oznacza codzienny obowiązek pisania, pisania, pisania...
Wiele tego: komentarze, analizy, eseje, praca licencjacka...no i tak jakoś cierpi na tym blog, bo niby to tylko luźne przemyślenia, relacje, ale teraz widok klawiatury kojarzy się jednoznacznie i budzi niechęć. Tak więc conquensański Wielki Tydzień, Campus i wszelkie inne wydarzenia muszą zaczekać na moje siły i ochotę do stukania w literki.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Wielkanoc

Niestety po raz kolejny dopadła mnie choroba, więc znów Internetu braki mój blog odczuł bolesne. Dziś jednak przełamując chorobową karmę w końcu dostałam szansę wysłania posta i jak widać z szansy skorzystałam.
W niedzielę spotkałyśmy się na Śniadaniu-Wielkanocnym-Bez-Święconki. Moich hiszpańskich znajomych pomysł śniadania w ogóle zdziwił, bo jak się okazuje w Cuence (być może w całej Hiszpanii, ale informacja ta, jako niesprawdzona, nie może zagościć tu pewnie) nie śniadaniuje się wielkanocno. Nie przeszkodziło nam to w międzynarodowej uczcie. W oparach jajecznych past i z truskawkami w dłoniach w nowo-rodzinnej atmosferze dzieliłyśmy się wrażeniami z Nocy Pijaństwa, która tu (o dziwo-nie-dziwo!) ma miejsce w Wielki Czwartek. Ale o tym jeszcze słów więcej padnie wkrótce.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

małe refleksje

Moje hiszpańskie otoczenie to zupełnie inna od polskiej rzeczywistość. Dałam temu wyraz nie raz. Tyle, że historie o świętach, wycieczkach do innych miast nie dają całego oglądu rozterek, które to środowisko implikuje. Pierwszy raz pytanie o to, co ważniejsze: korzystanie z życia bez czy z refleksją, przestało być pytaniem retorycznym, a stało się kwestią wyboru. Z pewnością na mnie, osoby analizującej każdy skrawek ziemskiego żywota, dobrze działa spotkanie z tymi, którzy unikają smutku, nie angażują się w nic poważnego aby uniknąć rozczarowań. Dopiero w zderzeniu z wielkim hedonizmem mieszkańców Hiszpanii, mogę szczerze odpowiedzieć na pytanie: czego ja tak naprawdę chcę? Oczywiste jest, że łatwiej wymagać od siebie wiele, gdy wokół wszyscy są wymagający i ambitni. Człowiek najczęściej w zderzeniu z łatwością posiadania rzeczy najbardziej potrzebnych, niezbędnych do życia, okazuje się zdolny jedynie do małych ambicji. To znów sprawia, że ludzie tutaj pozbawieni są wielkich "ego" charakterystycznych dla mnie oraz moich polskich znajomych i przyjaciół. Hiszpanie, których tu poznałam, są bardziej otwarci, bo nie zabarykadowani przez swoją intelektualną godność (żeby nie nazwać jej pychą). Cierpliwi wobec nieświadomości innych. Z drugiej strony czasem podążający ku ślepemu zaułkowi. Wydaje mi się, że na końcu wynalezionego przez nich skrótu prowadzącego do szczęścia, czeka przepaść. I wiem też, żyjąc tu od pół roku, jak łatwo wpaść w pułapkę wiary, że skrót do szczęścia istnieje.