środa, 13 stycznia 2010

Miesiąc styczeń, a więc wraz z przecenami nadeszła sesja. Tyle prac do pisania, że brakuje mi czasu na porządny wypad po sklepach, a potrzebuje i spodni i butów. W bibliotekach także tłumy, ciężko znaleźć miejsce z kontaktem i lampką, chociaż to może kwestia wyboru biblioteki. W najpiękniejszej, tej na wydziale filologicznym i matematycznym (sic!- jak blisko tu językowi do liczb), gdzie człowiek czuje się studentem przez wielkie S, a w przerwie popija się kawę na jednym z magicznych dziedzińców, wśród drzewek pomarańczowych lub obok sadzawki, więc w tej antycznej bibliotece, o cudownych krużgankach i eleganckiej szachowej posadzce, tak, tu ludzi jest pod dostatkiem, ale że życie studenckie ma wbrew pozorom ludzki charakter, nie męczy to bardzo. Cisza jest, spokój jest, czytelnicy są i wiele książek nieprzeczytanych także, a więc wszystko, czego potrzeba przytułkowi dla książek i to, czego odwiedzający szukają.
Sobotnia noc spędzona w Terrassa z guacamole i tequilą. Skończyło się pisanie o biedzie i nierówności, teraz historia w wydaniu chilijskim i burbońskie reformy na ziemiach inkaskich... miesiąc bogaty w lektury różnego typu i czterogodzinne wykłady.

środa, 6 stycznia 2010

Po świąteczno-sylwestrowych zmaganiach z udziałem karmazynów, sandaczy, pierogów, kutii, tiramisu, chatek puchatka i sałatek różnego smaku, skończył się czas obżerania i nadszedł trudny miesiąc sesyjny... no oprócz dnia dzisiejszego, bo do mojego nowego domu przyszła na obiad rodzina moich współlokatorów i tak, jak obiad zaczął się o 14.00, tak skończył się o 22.oo. Ważne to, bo Katalonia nabiera dzięki teu kolorytu, który systematycznie gubił się u boku szalonego Baska.

środa, 30 grudnia 2009

W sobotę, późnym wieczorem, po wyczerpującym dniu secesyjnym, ruszyliśmy z Roberto i dwiema Chilijkami- Javierą i Camilą- "na relaks". Wylądowaliśmy w barze bardzo eklektycznym, gdzie główną atrakcją jest arabska fajka wodna (o wdzięcznej hiszpańskiej nazwie cachimba), ściany obwieszone są Sarą Montiel, a w głośnikach brzmi latynoska salsa. Tam spędziliśmy radośnie czas słuchając wywodów Camilii na temat emigracji chilijskiej, hiszpańskiej (wszystko w procentach i "innych" liczbach). Wywody te usprawiedliwiała uroczym tłumaczeniem, mówiąc, że tak jak mężczyźni oglądają strony porno, tak ona po nocach siedzi wypatrując statystyk. Fetysz o tyle zabawniejszy, że Camila studiuje sztuki piękne. Uroczy był także kelner, który wywijał obok naszego stolika w rytm muzyki i raczył nas zalotnymi spojrzeniami i minami, co z uwagi na wiek i urodę, dodawało całości posmaku dobrej komedii.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Spacer po starym mieście w grudniowe popołudnie, kiedy temperatura sięga 20 stopni to coś, dla czego warto być w Barcelonie o tej porze roku. Zwariowana w swej secesji Sagrada Familia, wirydarz katedry, gdzie spacerują gęsi, wąskie uliczki Raval.. tak zaczęła się nasza wycieczka po mieście. Po długim i wyczerpującym marszu zrobiliśmy przystanek w domu Ingvill, mojej norwesko-"argentyńskiej" koleżanki z roku, której argentyńskość niewiele ma wspólnego z przodkami, za to dużo z jej dwuletnim pobytem w Buenos Aires, z którego wywiozła za pierwszym razem złamane serce, za drugim wspomnienia dwóch dziwnych miłości, historie krewnych "znikniętych"- "los desaparecidos" i perfekcyjny argentyński akcent. Wracając jednak do piątku, nasz dzień zakończylismy w dzielnicy Gràcia, w naszych dwóch ulubionych barach- kubańskim, gdzie serwują wspaniałe mojito i katalońskim, gdzie rzadko, bo drogo, ale zdarza mi sie popijać pyszną piñacoladę. Następny dzień należał w pełni do Gaudí(ego). Każdy przyjezdny i wielu tych, którzy jeszcze nie przyjechali, czuje, że przynajmniej jeden dzień (swojego życia) nie tyle wypada, co trzeba poświęcić jego twórczości. Ot, dla własnego rozwoju i zaspokojenia estetycznych potrzeb. Taki obowiązek, który, jak już dotrze się na miejsce, zamienia się w niewyczerpaną przyjemność. ;)

A na koniec ma podzi
ękowania dla Sandry, dzięki której nie musiałam szukać wszystkich polskich literek w internecie, bo mi je swego czasu ofiarowała w wiadomości facebookowej w słowach:

masz tu kilka polskich liter:
ą ę ż ź ń ć ś ó ł ć
żebyś nie zapomniała takich słów jak ŻÓŁĆ na przykład :>



piątek, 11 grudnia 2009

Odkrywanie Barcelony

Niesamowitość Barcelony polega na tym, że nawet zwykłe życie, nabiera tu znamion przygody. Miasto pcha przybysza w świat zdarzeń wymarzonych. Jednak mimo licznych wojaży po mieście-w którym-dzieje- się-wszystko, koncertach flamenco, tango, imprezach latynoskich, spotkań Zapatystów, sączenia piwa z fantą limon przy dźwiękach jazzu w ulubionym barze, czy przeglądania manuskryptów z XVI wieku w Katalońskiej Bibliotece, w której kiedyś mieścił się średniowieczny szpital, mimo całego tego ogromu, wciąż, do ostatniego, konstytucyjno-mikołajkowego weekendu, nie spełniłam pierwszego obowiązku- nie zwiedziłam miasta. W ostatni piątek w odwiedziny przyjechał Roberto, mój dobry znajomy z cuencowskiej krainy, i w ten sposób, ja, pierwszy raz tak bardzo zagubiona w kolejnym mieście, w którym przyszło mi mieszkać, po dwóch miesiącach zebrałam siły by odkrywać to, co pozornie zawsze pierwsze, najchętniej odwiedzane. Innymi słowy, na później zostawiony, najbardziej łakomy kąsek miasta. Dla większości pierwsze danie, a dla mnie, cóż, deser.

piątek, 20 listopada 2009

Miałam też okazję brać udział w konferencji okrągłego stołu z reżyserami Carlosem Moreno, Oscarem Campo i Spirosem Stahoulopoulos poświęconej relacji miedzy kinem kolumbijskim a konfliktem spolecznym z okazji Szóstej Diaspory Kolumbijskiej, jednak dyskusja nie doprowadziła do jakichś konkretnych wniosków, właściwie wydała mi się dość jałowa. W Casa America Catalunya kilka tygodni temu byłam na projekcji meksykańskiego filmu i krótkiego fikcyjnego dokumentu o ludziach z amerykańsko- meksykańskiej granicy. Nie będę jednak pisać recenzji, chciałam tylko pokazać, ile się tu dzieje. I powiem Wam, że to nie wszystko, ba, nawet nie połowa.