wtorek, 9 lutego 2010

La Agonia de Rasu Ñiti y la danza de las tijeras, czyli taniec nożyczek

Fragmenty filmu na podstawie opowiadania Jose Maria Arguedas,opowiadające o przygotowaniach do ceremonii śmierci, wśród scen, indiański taniec nożyczek z regionu Ayacucho, w Peru.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Koncertowo

Nowy tydzień zaczął się deszczem, ale weekend obfitował w słońce, podróże i koncerty, dlatego kilka słów należy mu poświęcić. Po wyczerpującej batalii z pracą z literatury, w piątek, nareszcie nadszedł dzień, by ją z uśmiechem pożegnać i wysłać. Oczywiście należało to także uczcić, w końcu była to ostatnia praca sesyjna. W pewnym stopniu odzyskanie intelektualnej, czy inaczej czytelniczej WOLNOŚCI! (żadnych książek o dyktaturach, pamięci, czy ofiarach...przynajmniej na krótką chwilę). W piątek ruszyłyśmy więc z Deborah i Ingvill do naszego ulubionego Bing Bang Baru, gdzie jak w każdy piątek rozbrzmiewała muzyka jazzowa, całkiem za darmo i całkiem na poziomie- jam session, z czerwonym winem za 3 euro (szaleństwa cenowego jeśli chodzi o trunki nie ma, ale na czymś zarabiać przecież muszą). Później z Raval pojechałyśmy do Barcelonety, bo tam miał grać zespół Crisa, współlokatora Ingvill. Chłopaki grają punk rock, więc z tytułu miejsce musiało być mocno alternatywne i takie się okazało. W starej opuszczonej fabryce, czy domu, z dziurą zamiast drzwi, wychodkiem z kotarką, rozwalającymi się schodami, ogniskiem w koszu na śmieci, masą punków, psów i zaimprowizowanym barem z piwem za 50 eurocentów (cóż taki już plus trunkowy, gdy trzeba słuchać hiszpańskiego rocka;) Niestety na występ Crisa nie zdążyłyśmy, ale jakoś nam to przebaczył. Fabryka była dość duża, z czterema, czy pięcioma wielkimi salami i piętrem. We wnękach, na rozklekotanych kanapach siedziały grupy punków, najczęściej młodych, choć od czasu do czasu rzucał się w oczy jakiś czterdziestolatek. Wszyscy z czarnymi krechami pod oczami, fikuśnie wystrzyżonymi włosami na "grzebień koguta" lub wysoko postawionymi irokezami. Rzucała się w oczy naćpana mulatka, obtańcowująca wszystkich znajomych, ale generalnie było spokojnie. Później, gdy skończyły się koncerty na żywo, puszczano slajdy i muzykę z lat 80-tych. Oczywiście, jak przystało na Hiszpanów, czy Katalończyków, subkultura punków nie jest tak ortodoksyjna, jak z innych regionów Europy (tudzież świata- nie wiem), więc znalazło się wiele przebojów starej muzyki pop. Paradoks chłopców w skórach, tańczących do dyskotekowych przebojów, budził mój niejeden uśmiech. Generalnie noc była udana. Wróciłyśmy do domu nad ranem, niektórzy (czyt. ja) spacerem z Plaza Catalunya (jeszcze mi się nie znudziło). Nasz sen miał się okazać krótki, ale o tym już następnym razem.

niedziela, 7 lutego 2010

wtorek, 2 lutego 2010

Kolejny dzień rozpoczęty. Noc słabo przespana, za to zadań na dziś wiele. W międzyczasie, Pau Casals, kataloński wiolonczelista, dyrygent o międzynarodowej sławie, który w czasach reżimu Franco, na obczyźnie opowiadał o Katalonii, zapomnianym narodzie o kilkusetletniej historii.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ostatnio jest dziwnie, bo okupuję zaledwie dwie przestrzenie- biblioteczną i mieszkaniową- tu znowu najczęściej mój pokój, co wypominają mi współlokatorzy. Można więc powiedzieć, że jest dość jednostajnie. Dlatego z biblioteki zaczęłam wracać na piechotę, aby taki 50 minutowy spacer trochę życia wprowadził do mojej zminiaturyzowanej egzystencji. No a taki spacer, jak już się mieszka tam gdzie się mieszka, to niezwykła przyjemność. Wokół Gaudi, fontanny, dekoracyjnie zdobione szkło w oknach jakiejś nieznanej z imienia posesji. Czasem trochę za dużo ludzi, ale wtedy zawsze można zboczyć w jakąś tajemniczą uliczkę, która przy odrobinie szczęścia, nie okaże się ślepa.

sobota, 30 stycznia 2010

Cóż, powieje trochę fesjbukiem, ale istnieją piosenki, do których się przecież wraca i wraca...

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Hagrid, Marcio i antropologia

Ci, którzy nie gustują w Harrym Potterze, a tym bardziej jeśli nie przepadają za postacią Hagrida, powinni natychmiast porzucić ten wpis, bo będzie on poświęcony w całości osobie mojego profesora, Marcio, czyli ucieleśnienia Hagrida właśnie. Profesor zjawił się w naszym życiu na krótko, dokładnie na cztery dni czterogodzinnych wykładów, czterdziesto minutowych powrotów do domu i jednej kolacji w Teatrze Neu, trwającej zdecydowanie dłużej niż cztery godziny. Jednak jego figura olbrzyma, kręcone siwe włosy okalające okrągłą twarz i zmieniające kolor okulary, spod których wyglądały łagodne, choć lekko szalone oczy miłośnika tego, co dziwne i niepoznane, pozostaną w mojej pamięci na długi czas. Profesor mówił do nas językiem, który był mieszanką jego rodzimego portugalskiego z Brazylii i hiszpańskiego. W czasie wolnym, gdy już opadał z sił w fotelu kolejki, mówił już tylko po portugalsku, wierząc w uniwersalność mowy ciała i nasze zdolności językowe. Na szczęście, jako, że był to portugalski z Brazylii, dało się wychwycić sens opowieści. Czasem też zaczynał mówić po angielsku lub francusku i robił to tak niespodziewanie, że zaskakiwał nawet tych, dla których języki te były ojczystymi. Zdarzało mu się mówić rzeczy trywialne, wśród nich jednak błyszczały złote myśli antropologa doświadczonego spotkaniem z Indianami Enawene Nawe, Rito Krahô, innymi, także europejskimi ludami tej ziemi oraz lekturą, rzecz jasna, nie tylko antropologiczną. Marcio miał przedziwny talent do mówienia o pojęciach abstrakcyjnych i rzeczywistości, powołując się na indiańskie mity, posługując się metaforą, słowami dokonywał przed nami wizualizacji nieznanych mentalności, a przy tym zachowywał równowagę człowieka nauki nawiązując do tekstów antropologów i filozofów. Już po piętnastu minutach wykładu zdążył każdego dnia „wychodzić” kilometry i ubielić ubranie, bo gdy zapisywał coś na tablicy, odnosiło się wrażenie, że sam chce zamienić się w kredę. Każdą myśl przekazywał z wielkim zaangażowaniem, a jednocześnie jego roztargnienie, nadmierna emocjonalność dodawały całości uroku naukowca, ale przede wszystkim pasjonata świata, odbieranego jako człowieka, który nie boi się żyć pełnią życia i któremu podróże, nauczanie i obecność ludzi, dają poczucie bycia spełnionym.