Uwielbiam Barcelonę czerwcowym czasem, gdy znajdzie się moment by spotkać się z ludźmi i po prostu pobyć sobie. Nocne rozmowy przy winie i soku pomarańczowym (czuję się jakbym znów miała poniżej osiemnastu lat). Patio mieszkania Ingvill, w tle sylwetki sąsiadów za oknami, twarze zakryte w mroku, cienie domów, powiewające kołdry, bluszcz okalający tarasy. I my. Po roku wspólnego studiowania, śmiejąc się z dawnych wpadek (jak to Deborze spadła spódnica na urodzinach Waldemira, jak ja dramatycznie przeżywałam moje rozstanie z Cuencą kiedy poznałyśmy się z Ing, jak Luz wyrzucała z siebie marksistowskie hasła na zajęciach z historii podnosząc głos niczym podczas robotniczego manifestu, jak Cris z chłopakami po trzydziestce grali w samych bokserkach koncert punk rocka prezentując nagie torsy i wymyślne tatuaże). Wspomnienia i plany. Trzeci rok mojego życia, który kończy się podobnie. Kolejny znak zapytania. Przeprowadzki, nadzieje, niepewności. Ale ta noc wczorajsza, mimo wybiegania w przyszłość i wracania do przeszłości była bardzo tu i teraz. Nacieszenie się sobą. Pomysły na najbliższe (konferencja o działaniach pokojowych w Kolumbii w środę) i dalsze (odwiedziny Ing by podziwiać białe noce w Norwegii, wtedy, gdy znajdą się pieniądze na podróż, więc nieprędko) dni. Gorące dysputy przerywane relacjami Crisa z meczu. Radość, że Ghana wygrała.
A na koniec jeden z najbardziej kiczowatych barów kubańskich i salsa, i merengue. Do upadłego. Z mylonymi krokami, z plecakiem, którego nie odniosłam do domu po pracy, w zapachu kwiatów wnoszonych co jakiś czas przez pakistańskich sprzedawców. O czwartej nad ranem ulice pełne wesołych, jeszcze niezbyt pijanych ludzi. W upalnej, radosnej atmosferze pierwszy od dawna nocny powrót do domu bez myślenia o obowiązkach, zadaniach, terminach. Sen. Niedziela. Powrót obowiązków, ale paradoksalnie pełno dziś siły w zmarnowanym zakwasami ciele. Wrócił zdrowy duch.
Dobrze, gdy się tak zniknie i ktoś to zniknięcie zauważy (dzięki M.:)). No bo ja zniknęłam. Pod stertą papierzysk, pięciuset stronicowych książek, stron internetowych na tematy polityczno-społeczne i archiwów historycznych z XVI wieku. Wciąż ciągnę za sobą ten sesyjny wór i zaczyna mnie to trochę przerastać, przeciążać, jak kto woli. Co prawda za tydzień już ostatni weekend pracy, więc dwa dni życia przybędą, ale ściga mnie upiorna myśl, że nie zdążę, a zdążyć muszę. Jeszcze te wszystkie problemy z walizkami.. obiecałam sobie już kiedyś: żadnych wielkich powrotów z R.... No, ale cóż, są promocje z Barcelony do Gdańska, co oznacza brak międzylądowań na wszystkich możliwych europejskich lotniskach, więc musiałam zdradzić moje ideały. Chyba pierwszy raz nie lubię upałów. Mój pokój jest niczym mały zamknięty kartonik z zapałkami. Żaluzje zamknięte, bo słońce niemiłosiernie praży. Biblioteka ostatnio męczy tłumami, więc raczej tam nie pracuję. Jutro Wianki, koncerty, śpiewy, szaleństwo, ale nie mam czasu jechać. Nawet już zapomniałam, że czekają mnie wakacje, tak odległa wydaje się data końca. Ale gdzieś tam na mnie czekają, jeszcze trochę, odrobinę...chyba dam radę:)
...i na którym jest, aktualnie całkiem słynny, wulkan Eyjafjoell (zawsze chciałam napisać lub przynajmniej skopiować tę nazwę:))
piątek, 4 czerwca 2010
Szukając map różnorakich politycznych, fizycznych, trafiłam na mapę metaforyczną, baaaardzo niepoprawną politycznie, niestety nie w jakiś szokująco oryginalny sposób, choć miło czasem sobie tak mało oryginalnie poszydzić. Świat z amerykańskiej perspektywy, wersja demagogiczna, jak z filmów Michaela Moore'a. Nawet wyszczególniono moje antyglobalistyczne miejsce pracy! Zapraszam do geograficznych studiów, a ja wracam do lektury Balún Canán.
A pod spodem piosenka w wykonaniu amerykańskiej (mieszka w Anglii i akurat tutaj śpiewa po francusku;)) wokalistki, co by zbyt lewackiego i antyamerykańskiego wrażenia nie sprawiać.
..........................................................................autor wiersza: Adam Ważyk..........
Po drugiej stronie mowy trawy
gdzie słowa mają ciężar losu
tam się spotkamy
za metafizyką smutnych ogrodów
za naprzykrzoną myślą o śmierci
tam mnie znajdziecie
Tam gdzie za lasem widzi się drzewa
i każdy listek ma imię własne
tam się spotkamy
tam gdzie się milczy bez piasku w ustach
i każdy wiersz jest rozmową
tam mnie znajdziecie