poniedziałek, 20 lipca 2009

Ja znaleziona w Zaragozie

Obronilam sie i z tytulem o niezbyt powaznie brzmiacej nazwie ( bo licencjatka brzmi mi niczym trzpiotek-podlotek) wrocilam do krainy zwanej Cuenca. Po dwoch tygodniach troszke pracowania, troszke wylegiwania sie na basenie oraz po obejrzeniu miliona fascynujacych filmow, ktorych w naszym kraju trudno znalezc w najwiekszych miastach, tu zas dostepne sa az w dwoch bibliotekach... no wiec po tych wszystkich przezyciach oraz pozegnaniach i przywitaniach, postanowilam w koncu znow zawedrowac w nieznane swiata strony. Strony swiata, ktore wybralam, zamieszkuje Helena wraz z rodzina, dlatego podroz wydala mi sie jeszcze ciekawszym wydarzeniem. I tak dzisiejszego poranka wyjatkowo wczesnie, co by cel podrozy osiagnac predko, wyruszylam ku Madrytowi, by tam na kilka godzin ugrzeznac na dworcu Atocha, co jednak okazalo sie inspirujace, bo dzieki kolejkowym i informacyjnym problemom ostatecznie ruszylam w Madryt, co skonczylo sie obejrzeniem dwoch wystaw fotograficznych bardzo wspolczesnych tworcow oraz zwiedzeniem ogrodu botanicznego, co w koszty za bardzo nie poszlo, bo wynioslo 1 euro. Niestety podroz AVE nie okazala takim tanim przedsiewzieciem i za 40 euro (z tzw. discountem za euro26) usiadlam w miekkim fotelu, zalozylam renfenskie sluchawki i raz po raz sluchajac jazzu, to ogladajac slumdoga na malym ekraniku usytuowanym w wagonie, w imponujacym tempie 300 km/h zblizalam sie ku Zaragozie. Wygodna sytuacja, przyznac musze, wzbudzala we mnie mieszane uczucia, bo miekko i przyjemnie, ale tez okropnie drogo i burzujsko z tymi wszystkimi krawatami wokol i wyszminkowanymi usmiechami, wiec juz zdecydowalam, ze dluzej i mniej komfortowo, ale wracam autobusem.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Nadszedl czerwiec. Po roku noszenia komputera na uczelnie i z powrotem dorobilam sie bolu plecow, wiec teraz leniwie zasiadam przed hiszpanskimi komputerami bibliotecznymi i nie uzywam polskich znakow. Minelo duzo czasu, prawie dwa miesiace bez bloga, ale za to 15 esejow, praca licencjacka i jedna prezentacja w power poincie:) coz, wielkimi krokami, mam nadzieje, zbliza sie termin obrony, ale tych dwoch miesiecy za mna nie zostawie bez komentarza. Powoli bede odbudowywala w mojej pamieci ten czas. Na razie daje znac, ze wrocilam do grona zywych, czyli tych, co to nie tylko literki, literki i slowo pisane z uczelnia zwiazane jedynie. Na dzis juz wystarczy, bo wspollokatorki w domu, ostatni wspolny tydzien, wiec czas uciekac. Ale wroce..

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Czas goni, a to oznacza codzienny obowiązek pisania, pisania, pisania...
Wiele tego: komentarze, analizy, eseje, praca licencjacka...no i tak jakoś cierpi na tym blog, bo niby to tylko luźne przemyślenia, relacje, ale teraz widok klawiatury kojarzy się jednoznacznie i budzi niechęć. Tak więc conquensański Wielki Tydzień, Campus i wszelkie inne wydarzenia muszą zaczekać na moje siły i ochotę do stukania w literki.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Wielkanoc

Niestety po raz kolejny dopadła mnie choroba, więc znów Internetu braki mój blog odczuł bolesne. Dziś jednak przełamując chorobową karmę w końcu dostałam szansę wysłania posta i jak widać z szansy skorzystałam.
W niedzielę spotkałyśmy się na Śniadaniu-Wielkanocnym-Bez-Święconki. Moich hiszpańskich znajomych pomysł śniadania w ogóle zdziwił, bo jak się okazuje w Cuence (być może w całej Hiszpanii, ale informacja ta, jako niesprawdzona, nie może zagościć tu pewnie) nie śniadaniuje się wielkanocno. Nie przeszkodziło nam to w międzynarodowej uczcie. W oparach jajecznych past i z truskawkami w dłoniach w nowo-rodzinnej atmosferze dzieliłyśmy się wrażeniami z Nocy Pijaństwa, która tu (o dziwo-nie-dziwo!) ma miejsce w Wielki Czwartek. Ale o tym jeszcze słów więcej padnie wkrótce.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

małe refleksje

Moje hiszpańskie otoczenie to zupełnie inna od polskiej rzeczywistość. Dałam temu wyraz nie raz. Tyle, że historie o świętach, wycieczkach do innych miast nie dają całego oglądu rozterek, które to środowisko implikuje. Pierwszy raz pytanie o to, co ważniejsze: korzystanie z życia bez czy z refleksją, przestało być pytaniem retorycznym, a stało się kwestią wyboru. Z pewnością na mnie, osoby analizującej każdy skrawek ziemskiego żywota, dobrze działa spotkanie z tymi, którzy unikają smutku, nie angażują się w nic poważnego aby uniknąć rozczarowań. Dopiero w zderzeniu z wielkim hedonizmem mieszkańców Hiszpanii, mogę szczerze odpowiedzieć na pytanie: czego ja tak naprawdę chcę? Oczywiste jest, że łatwiej wymagać od siebie wiele, gdy wokół wszyscy są wymagający i ambitni. Człowiek najczęściej w zderzeniu z łatwością posiadania rzeczy najbardziej potrzebnych, niezbędnych do życia, okazuje się zdolny jedynie do małych ambicji. To znów sprawia, że ludzie tutaj pozbawieni są wielkich "ego" charakterystycznych dla mnie oraz moich polskich znajomych i przyjaciół. Hiszpanie, których tu poznałam, są bardziej otwarci, bo nie zabarykadowani przez swoją intelektualną godność (żeby nie nazwać jej pychą). Cierpliwi wobec nieświadomości innych. Z drugiej strony czasem podążający ku ślepemu zaułkowi. Wydaje mi się, że na końcu wynalezionego przez nich skrótu prowadzącego do szczęścia, czeka przepaść. I wiem też, żyjąc tu od pół roku, jak łatwo wpaść w pułapkę wiary, że skrót do szczęścia istnieje.

sobota, 28 marca 2009

las fallas

Walencjańskie święto przeżyłam w malignie, więc może zatarty mam odrobinę obraz uroczystości. Generalnie las fallas to dużo huku, momentami człowiek czuje się jak siłą zwerbowany do hiszpańskiego wojska. Same rzeźby zrobione z drewna i papieru mâché są dosyć tandetne, ale z pewnością stanowią dużą atrakcję dla dzieci, choć trzeba przyznać, że często są perwersyjne i niekoniecznie dla oczu dzieci przeznaczone. 19 marca, ostatniego dnia trwania las fallas całe miasto płonie. Odbywa się „la cremà”, czyli palenie rzeźb, a każde spalenie poprzedza salwa sztucznych ogni. Na koniec na Plaza de Ayuntamiento mają miejsce ogromne fajerwerki, na które czekaliśmy zgrupowani wokół centralnego punktu otoczonego barierkami około dwóch godzin. Po sztucznych ogniach tenor z odtwarzacza patetycznym głosem wyśpiewał pieśń poświęconą chwale Walencji, po czym wybrzmiał narodowy hymn. Miasto pustoszało do wczesnych godzin porannych, co mieliśmy okazję zaobserwować podróżując między dworcem a restauracją pewnej słynnej amerykańskiej korporacji. To drugie można nam wybaczyć, biorąc pod uwagę, że szukaliśmy odrobiny ciepła i miejsca do siedzenia o godzinie 4 nad ranem, wykończone całodziennym marszem. Z opowiadań Hiszpanów słyszałyśmy o pięknej Madonnie z kwiatów i zespołach muzycznych, które maszerowały po mieście we wcześniejszych dniach. Nasze muzyczne spotkanie to przede wszystkim argentyński zespół bębniarzy, którzy rozruszali ciała nawet najbardziej niechętnych tańcu i ożywili drogi Walencji swoim ulicznym performance’m. Spotkaliśmy też wielu obcokrajowców z Ameryki, Francji i Niemiec, z którymi wymieniliśmy podróżnicze pozdrowienia, kilka komentarzy i uśmiechów. Nasze las fallas skończyły się o 8 rano następnego dnia, gdy wykończone zasiadłyśmy w pociągu do Cuenci. Droga upłynęła w głębokim śnie. Dla mnie, mimo, a chyba w zasadzie dlatego, że było dość przygodowo i zabawnie, wycieczka zakończyła się przymusowym leżeniem w łóżku i 40 stopniami gorączki. Cóż, przygoda wymaga czasem ofiar.

czwartek, 26 marca 2009

Dawno ni widu ni słychu, ale powodów wiele. Pierwszy- pobyt w Polsce, który na jakiś czas zatrzymał bieg moich historii. Niepełne dwa tygodnie. Trzy miasta. Masa spotkanych bliskich i dalekich. Pierwszy raz ja, główna gaduła Trzeciej Rzeczpospolitej chciałam się zaszyć, ukryć w kuchni w Kostrze by kilka kilometrów od krakowskich traktów nikt nie dopadł mnie z milion razy wysłyszanym „no i jak tam, Pola, opowiadaj”. I jak to w życiu bywa, wszyscy serdeczni, tęskniący, ale wszyscy jednocześnie pochłonięci teraźniejszością. Chcący słuchać, ale pozbawieni tej niezbędnej jednostki miary jaką jest czas. Było dobrze, w Gdańsku z rodzicami, sekundowymi chwilami z kuzynami, ciocią, wujkiem, z przyjaciółkami, z którymi rozmowy trwały całą noc i były tak absorbujące, że o mało nie spóźniłam się na pociąg. W Krakówku czekali kolejni, na szybko przeżyte misterium, kawki , pogaduszki, ploteczki, potem Zawiercie, dziadkowie i znów Kraków, tym razem Balice. Gdy byłam w Polsce czułam się zagubiona, potrafili to zrozumieć nieliczni. Najczęściej ludzie, którzy mieli za sobą jakąś zagraniczną „przygodę”, która nie była wakacyjnym wypadem. Bałam się tego wyjazdu, bałam się powrotu, ale teraz wiem, że bycie w Polsce rozjaśniło mi obraz świata. Bo on mi się troszkę rozdwoił. Zbyt różne są stara i nowa rzeczywistość. Trzeba dużej dojrzałości, żeby to nie przestraszyło. Ja się przeraziłam. Teraz na nowo wszystko powolutku składam i coraz wyraźniej widzę wady i zalety tego co tu, tego co tam. Świat nie stanie się dzięki temu bardziej przejrzysty, ale z pewnością odrobinę bardziej oswojony.