środa, 7 kwietnia 2010

Cadaqués

Białe domki ustawione nad brzegiem morza w krzywe linie i równe rządki o błękitnych, zielonych i bordowych okiennicach, z fikuśnymi balkonikami. Kawałek postkolonialnej Kuby zamknięty w katalońskiej przestrzeni, tyle, że nie tak zniszczony czasem. Kamienista górska droga, z lewej przepaść morza. Na końcu latarnia morska i szybujące wysoko ptaki, ni mewy, ni rybitwy o zakrzywionych, pomarańczowych dziobach. W powrotnej, głęboko w ciche uliczki, gdzie pomiaukują czarne, leniwe koty i zza bluszczu wyglądają gliniane doniczki.


Salvador Dali, Cadaqués

sobota, 27 marca 2010

Zawsze najwięcej jest tego, co pośrodku, a więc ludzi zwykłych, codziennością zmęczonych i zachwyconych drobnostkami. Ludzi, ot, uczących się, studiujących, pracujących. Takich, którym brakuje czasem pieniędzy na koniec miesiąca, a okazjonalnie mogą pozwolić sobie na jakąś ekstrawagancję- zakup pary drogich butów, czy wypad na wykwintną kolację. Ot, typowości w nietypowym ludzkim bycie. Niezwracające uwagi, bo tak moje, jak i twoje. Życie. Szare, kolorowe, jaskrawe, bezbarwne, czarno-białe. Takie, jakie sobie hodujemy i takie, jakie jest nam dane. Obok tego skrajności, dysharmonie, dysonanse, to, co rozszczepione, ustawione na granicach, dlatego zauważalne, wzbudzające zainteresowanie, emocje. Nie by krytykować dla samej przyjemności szyderczego wytykania, nie by wejść w judymowe buty. Kąśliwa obserwacja, ale bez ideologicznego komentarza, bez mentorskich rad, jak, by było lepiej. Bo jest jak jest. Nie chodzi o bierność, nie chodzi o działanie, ale o koloryt, który boli, rani, cieszy, wzbogaca. Każda obserwacja uczy wrażliwości i prowadzi do pytań o nas samych.

Barcelona, jak każda metropolia, to miasto kontrastów. Bogactwo ociera się tu o skrajną biedę, kopuluje z nią, upaja lub czasem po prostu omija ją bezwiednie, czy współczująco. Niektóre wystawy przypominają artystyczne projekty- w jednej błyszczą nowiutką skórą torebki w złotych klatkach, w drugiej duża ilość połączonych sznurówkami tenisówek przypomina postmodernistyczne rzeźby, w witrynie sklepu z odzieżą świecą wypolerowane motocykle. Ekskluzywne zapachy i markowe nazwy przyciągają spragnionych klientów. Na ulicach z ciszy wybijają krzyki Amerykanek, czy Niemek, które przybyły w poszukiwaniu namiętnej przygody w silnych ramionach jakiegoś Javiera Bardem. Młodzi Anglicy, którzy przy dźwiękach obcego języka upijają się w jak najbardziej bliski sobie, wyspiarski sposób, piękne kobiety w szykownych małych czarnych i panowie w garniturach od włoskich projektantów, wszyscy o dużym takcie i wdzięku. Stołują się w najwspanialszych restauracjach i śpią w najlepszych hotelach, podobnych do wielu, które można znaleźć w ich państwach. Obok, Nigeryjczycy sprzedający torebki na Passeig de Gracia, kobiety w chustach zwinięte przy murach w kłębek, bezdomni zawinięci w koce w zaułkach, na przedprożach domów, owrzodziali, czy zdeformowani fizycznie żebracy, Cyganie przygrywający tanie melodie na akordeonach w metrze, Pakistańczycy powtarzający swoją nocną mantrę “cerveza, beer”, kieszonkowcy na Ramblas i prostytutki uprawiające seks na ulicach Raval. Codzienne widoki, o których czasem trzeba coś napisać, by nie stały się po prostu częścią krajobrazu, przezroczystą codziennością przyjmowaną bezrefleksyjnie. By nie zgubić wrażliwości, choćby, obserwacji.

We dreamed about more

piątek, 26 marca 2010

Jest we mnie coś, co nie do końca odpowiada ogólnie przyjętym normom, zasadzie „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju. Z drugiej strony, kiedy się upijam, krzyczę, wariuję, tracę panowanie nad sobą. Jeden rodzaj zachowania nie pasuje do drugiego. Mniejsza z tym.
Charles Bukowski



poniedziałek, 22 marca 2010

Swing & flamenco chill

Na youtube znalazłam fragment występu argentyńskiego zespołu Shine. Na ich koncercie byłam około miesiąca temu, nagrania w lepszej jakości na: http://www.myspace.com/shinebcn



A to już tak domowo, czyli to, co najczęściej słuchane we wszystkich domach w Hiszpanii, w których miałam okazję mieszkać, a, i nawet moja mama swego czasu pytała mnie o tę grupę. Też ich lubię i szaloną Bebe zdarza mi się słuchać od czasu do czasu:)

czwartek, 18 marca 2010

Ska, calçots i różne inne

W piątek byłam w Arenys. Arnau, kolega Estel, otwierał wraz z grupą znajomych salę z muzyką alternatywną. Wytańczyłam się w bujanym rytmie ska. Na tle słów skromnych i mało wyszukanych pobrzmiewał ironicznie saksofon. Wymieniałyśmy prześmiewcze uwagi na temat czarnego mężczyzny, który całą imprezę po prostu stał i jak Haitańczyk z serialu o popularności Big Maca (Heroes- czas się przyznać, uległam sile grawitacji), odbierał ludziom moce. Nad ranem wróciłyśmy do pokoju z widokiem na morze, co z polskim filmem o tym tytule ma mało wspólnego, jedynie konotacje samobójcze, bo młodzi ludzie rzucają się tu (niekoniecznie z pokoju Estel, ale ze skarpy znajdującej się w pobliżu) do morza z zamiarem pożegnania z życiem w romantycznej aurze, niestety, często z pozytywnym skutkiem.
W sobotę, jak i w niedzielę, był obiad kataloński. Tyle, że w sobotę z całą wsią jedliśmy przypominające pory calçots, które przygotowano na wielkim ogniu rozpalonym na placu koło kościoła. Ręce od tego się strasznie czerniły i buzia cała umazana w rudawym sosie, ale jakże warto było się ubrudzić dla tego smaku. No i butifarra, którą można by z polską kiełbaską grillowaną porównać. I trunek, katalońska ratafia, o ostrym anyżowym smaku, przypominającym conquensańskie resoli. A w niedzielę, we wsi pod Sabadell z rodziną Estel paella-nie paella z owocami morza i nasz wypiek skromny, brownie z orzechami. Mój blog zamienia się w kucharskie opisy, ale cóż zrobić, gdy autochtoni tak nasycają zmysł smaku i rozpieszczają podniebienie.